Szlachta drobna w powiatach płońskim i płockim podług Ignacego Sadkowskiego


Uncategorized / poniedziałek, 23 maja, 2022

Redakcja SzPM: Przytoczony poniżej w całości artykuł autorstwa Ignacego Sadkowskiego ukazał się pierwotnie w miesięczniku “Wisła” w roku 1903 (tom XVII, zeszyt 6, s. 669-687). Posiada niewątpliwie wiele walorów, ze szczególnym uwzględnieniem tych etnograficznych. O autorze trudno znaleźć wiele informacji, ale krótka kwerenda dowodzi, iż tenże Ignacy Kajetan Sadkowski urodził się w roku 1854 w Starczewku (par. Skołatowo), a zmarł na początku 1911 r. w Ciechanowie. Jego żoną była Felixa Tekla Józefa z Kowalewskich, z którą doczekał się potomstwa.
Pisownię w artykule (gdzie uznano to za konieczne) nieznacznie uwspółcześniono.

SZLACHTA DROBNA W POWIATACH PŁOŃSKIM I PŁOCKIM

PRZYDOMKI OSÓB I WIOSEK

  Po prawej stronie Wisły, na Mazowszu i Podlasiu, w dzisiejszych guberniach: Płockiej, Łomżyńskiej, Siedleckiej i po części Suwalskiej, wiele okolic zamieszkuje zwartą masą szlachta drobna, inaczej zagonową zwana. W innych okolicach Królestwa Polskiego, z wyjątkiem części Mazowsza, położonej po lewej stronie Wisły, gdzie pojedyńczo lub grupami, wioski drobnoszlacheckie trafiają się jeszcze[1] , nie spotyka się ich dzisiaj. A przecież, rzadziej tylko rozmieszczone, istniały za dawnych czasów na całym obszarze ziem Rzeczypospolitej i nie dalej, niż w pierwszej połowie zeszłego wieku, istniały jeszcze w południowych stronach Królestwa.
   Wioski drobnoszlacheckie powstawały wszędzie u nas w taki sam sposób, jak na Mazowszu, t. j. przez podziały.[2] Ale, że w tych dzielnicach Rzeczypospolitej, gdzie gleba była lepsza, szlachta łatwiej się dorabiała mienia, częściej więc wyposażano dzieci gotówką, lub nabywanymi w tym celu całymi wioskami, przeto drobnej szlachty tworzyło się tam mniej, aniżeli w dzielnicach z piaszczystą glebą; a i te wioski drobnoszlacheckie, które się już utworzyły, znikały po pewnym czasie, wykupywane na nowo przez jednego z zamożniejszych współwłaścicieli, lub sąsiedniego posiadacza folwarku. Z byłych zaś posiadaczy-szaraków tworzył się proletariat szlachecki, dostarczający ekonomów i innych oficjalistów, pozostających w służbie u zamożniejszej braci.
   Wsie drobnoszlacheckie znikały często, jeżeli który ze współwłaścicieli zdobywał ekonomiczną przewagę nad sąsiadami. Chował tedy dużo inwentarza (szczególnie owiec), wypasał łąki i ugory, ogładzał zatem sąsiedzki dobytek, a jeżeli był przy tym wojowniczego ducha (co zresztą u szlachty często się trafiało) sąsiedzi, nie mogąc z takim sobie poradzić, wyprzedawali mu swoje działy. Bywało, że wskutek jakiegoś kryzysu ekonomicznego, stagnacji ogólnej, szlachta drobna wyzbywała się swoich działów. Starzy ludzie opowiadali, że, po wojnach napoleońskich, na targu w Płońsku za ćwierć żyta (8 garncy) nie można było kwarty soli dostać. Toż samo miało być później, po 1831 roku. Dziadek pewnego, obecnie osiadłego, szlachcica porzucił gospodarstwo, mając pełną górę (poddasze) zboża, i poszedł służyć za ekonoma do dóbr wielkopańskich.
   Takie były ogólne dzieje wsi drobnoszlacheckich, ale dzieje mazowieckich i podlaskich wiosek musiały być jeszcze nieco odmienne. Tu raz podzielone wioski trudniej było wykupywać od sąsiadów i krewnych, bo dorobek był trudniejszy, a w dodatku szlachta liczniej tu się rozradzała, niż gdzie indziej. Wskutek przeto ubóstwa gleby wioski coraz więcej się rozdrabniały, a jeżeli były wypadki, że i skupiały się na nowo, to, na ogół biorąc, procent takich wiosek był niewielki, a przeto zanik posiadłości drobnoszlacheckiej nie mógł nastąpić.
    Dzisiaj, szczególnie w tych okolicach, w których nie ma wsi drobnoszlacheckich, jeżeli gdzie taka wioska ocalała, budzić powinna zainteresowanie, jako zabytek przeszłości. Na północ od Wisły, między Zakroczymiem a Płockiem, w promieniu mniej więcej dwumilowym, wiosek drobnoszlacheckich nie spotyka się. Na trzeciej mili znajdują się już pojedyńczo leżące, jak oto: Grączewo, Kozarzewo, Skarboszewo i kilka innych. Dalej ku północy, poza liniąą folwarczno-chłopskich wsi: Gumino, Kucice, Kadłubowo (pow. Płoński), Nadólki i Daniszewo (p. Płocki), wioski drobnoszlacheckie rozpościerają się szerokim pasem; obejmują one zachodnio-północną część powiatu Płońskiego i wschodnio-północną Płockiego, gdzie zwartą masą, z rzadka tylko przeplatane folwarkiem, po większej części powstałymi z wiosek drobnoszlacheckich, tworzą kilka parafii, jak oto: Skołatowską, Baboszewską, Gralewską, Górską i po części Rogotwórską. W innych ościennych parafiach wszędzie znajdują się wioski szlacheckie, w mniejszej tylko liczbie.
    Wioski szlachty drobnej w ogóle są niewielkie, przeciętna bowiem wieś nie przenosi dziesięciu włók. Cała zaś grupa wiosek, noszących jedno nazwanie i różniących się między sobą tylko przydomkami, nie przenosi często obszaru dużego folwarku. Naprowadza to na domysł, że wioski takie mogły powstawać również wskutek podziału jednej wsi na kilka małych i że podzielonym tak wioskom dla rozróżnienia, nadawano następnie przydomki.
    Części czyli osady szlacheckie, zwane tu powszechnie „fortunami“, a z przekąsem lub ironią „leńdami” (ostatnia nazwa stosuje się przeważnie do mniejszych części), są zazwyczaj najrozmaitszej wielkości: zaczynają się mniej więcej od 15 morgów i dochodzą do 6-ciu włók; powyżej 6-ciu włók uważane są już za folwarki. Takie fortuny szlacheckie miały tu dawniej swoje specjalne nazwy, pochodzące od nazwisk rodzin, które je posiadały, jak: Karwowszczyzna, Chyczewizna, Starczewizna i t. p. Bywało tak, że właściciele częstokroć się zmieniali, a nazwy fortun zachowywały bardzo jeszcze długo pierwotną swoją nazwę. Ale po dokonanej tu powszechnie separacji gruntów szlacheckich, rozpoczętej przed 40-tu laty, kiedy części zostały zamienione na kolonie, nazwy te zaczęły stopniowo iść w zapomnienie; zachowały się jeszcze w niektórych tylko wioskach, mających pola rozseparowane, a budynki i ogrody pozostałe na dawnym miejscu. Po dokonanej separacji niemało drobnych fortun szlacheckich zniknęło; wielu bowiem małorolnych gospodarzy wołało sprzedać swoje zagony, niż przystąpić do separacji.
    Nazwiska szlacheckie tej okolicy kończą się na -ski, lub (co rzadziej) na -cki, i są identyczne z nazwami wiosek. Nazwisk szlacheckich z innym zakończeniem nie spotyka się tu wcale. Chłopskie zaś nazwiska, kończące się na -ski, różnią się tym od szlacheckich, że pochodzą nie od nazw wiosek, lecz od pierwotnych nazwisk, zmienianych zwykle przy okazji spisywania aktu urodzenia, gdy ojciec np. Gocała podaje swoje nazwisko, jako Gocaliński, lub Gmurek — Gmurczyński i t. p.; syn tedy urzędownie będzie się już nazywał tak ze szlachecka zapisanym nazwiskiem.
    Niektóre nazwiska szlacheckie są tu bardzo rozpowszechnione; w celu przeto odróżnienia jednego rodu od drugiego z dawien dawna nadawano szlachcie przydomki. Przydomki takie nazwać by należało rodowymi, dla odróżnienia od osobistych, należących do jednej tylko osoby, a powstałych z jej wady lub zalety. Ale i osobiste przydomki często przechodziły na potomstwo i w ten sposób stawały się rodowymi.
    Jak unieśmiertelnieni w „Panu Tadeuszu” owi zaściankowi Dobrzyńscy na Litwie, tak i tu rozmaici: Karwowscy, Goszczyńscy, Dłużniewscy, zamieszkujący wsie: Karwowo, Goszczyn, lub Dłużniewo, obyć się bez przydomków nie mogli. Mieli oni zapewne w dawnych czasach i przezwiska osobiste, podobne do: Chrzcicieli, Kropicieli i Brzytewek, ale tradycja o nich zaginęła, jak zaginęła już i niektórych przydomków rodowych.
   Dla młodzieży obojga pici istnieją też osobne nazwy, i tak: syn Karwowskiego nosi tu nazwę „Karwoszczak”  córka—„Karwoszczanka”  syn Pomianowskiego — „Pomianoszczak”  córka — „Pomianoszczanka” . Od niektórych nazwisk wyprowadzają końcówki na: -wiäk i -wianka, jak: Chyczewiak, Chyczewianka, Cywiniak, Cywinianka.
   Nazwy z końcówkami -wiak służą też dla oznaczenia mieszkańców pewnej wsi: np. wyrażenie: „Starczewiaki wypaśli nam łąkę” —oznacza mieszkańców Starczewa. Bywają też nazwy, brane od przydomków: np. od „Cader”  — Cadrzak i Cadrówna, od „Puch”  — Pusiak i Puchówna, od „Karkos”  — Karkosiak i Karkosówna i t. p.
    Przystępujemy teraz z kolei do szczegółowego przeglądu przydomków wiosek i rodów szlacheckich, o ile te ostatnie zachowały się jeszcze w pamięci mieszkańców. Pierwszą wioską szlachecką, poza linią wyżej przytoczonych folwarczno-ehłopskich wsi w powiecie Płońskim, jest Korytowo—jedna tylko wieś tej nazwy; część jej nosi nazwę Korytowo-Daćbogi. Korytowskich niema w Korytowie, ani też nigdzie w okolicy. Natomiast wieś zamieszkują przeważnie: Mosakowscy, Cywińscy, Bukowińscy i Gościccy.
   Równolegle z Korytowem leżą Pomianowa w liczbie trzech wiosek: Pomianowo-Wyżki, P. Kuźny i P. Dzierki. Pomianowskich tu jest kilku, ale o przydomkach ich nie mogliśmy się nic dowiedzieć. Pomianowo-Dzierki stanowi obecnie folwark, wykupiony od sąsiadów przez jednego z Pomianowskich.
   Na północ od Pomianów, oddzielone rzeczką Płonką, leżą Sadkowa—również trzy małe wioski: Sadkowo Żury, S. Chrzybty i S. Majory. Sadkowskich nie ma obecnie w Sadkowach; w okolicy też nie tak wielu. Sadkowscy dzielą się na dwa oddzielne rody, z których jeden nosi przydomek „Kurek” , drugi bez przydomku. W Sadkowie mieszkają: Maliszewscy-Skowronki, rodziny: Wierzbickich (jeden z nich nosi przydomek „Krówka” ) i Worowskich.
   Dalej ku północy od Sadków leży Wierzbica Szlachecka (tak nazwana dla odróżnienia od „Pańskiej”  folwarku przed 30-tu laty rozparcelowanego). W Wierzbicy nie ma Wierzbickich, ale w okolicy nazwisko to jest dość rozpowszechnione. Dalej następują Starczewa — trzy wioski: Starczewo-Wielkie, S. Kanie vel Starczewko i S. Pobodze albo Chomątki. W Starczewach mieszka wielu Starczewskich, jak również w okolicy. Starczewskich na Chomątkach nazywają Nogajami, a w Starczewie Kaniach zwano ich Boksami (Boksa), ale niema ich tam obecnie, a rodzinna ich wioska, w pierwszej połowie XVIII wieku własność jednego Starczewskiego, podzielona następnie między synów, przeszła w ręce innych rodów szlacheckich. W Starczewie Wielkim są Starczewscy, zwani Czubkami.
   Na wschód od Starczewa leżą Błomina—trzy wioski: Błomino Gule, B. Jeże i B. Gumowskie. Tylko B. Gule jest wsią szlachecką, dwie zaś pozostałe przed niedawnym jeszcze czasem były folwarkami. W Błominie nie ma Błomińskich i w ogóle nazwisko to zupełnie jest nieznane w całej okolicy. Natomiast Błomino przed niedawnym czasem zamieszkiwali Chyczewscy, z których jednego zwano Prusakiem (z powodu, że długi czas przebywał w Prusiech), drugiego — Krzykaczem, a trzeciego—Łydą.
    Na wschód od Błomina leżą dwa Zbyszyna: Zb. Wielkie i Zb. Reszki. Pierwsze z nich w większej części zostało wykupione od sąsiadów (około 70 lat temu) przez współwłaściciela Starczewskiego, na pozostałej zaś części siedzi kilku szlachty. W Zbyszynie niema obecnie Zbyszyńskich; w okolicy także rzadko się trafiają.
    Dalej na wschód od Zbyszyna leżą Korzybia — trzy wioski: K. Wielkie, K. Małe i K. Czerwonki. W Korzybiach mieszka wielu Korzybskich; w okolicznych zaś wioskach spotyka się ich w niewielkiej liczbie. Korzybie Małe zostało wykupione przez ojca obecnych właścicieli, Jana Korzybskiego, ale po jego śmierci trzej pozostali synowie na nowo podzielili się ziemią. Przydomki Korzybskich nie są nam znane.
   W pobliżu Korzybia, oddzielnie położona, leży wieś Rakowo nad rzeką Płonką, nazwana tak zapewne od obfitości poławianych tam raków. Rakowskich mieszka tam i w okolicy niewielu. Obok Rakowa znajdują się się dwa folwarki, powstałe z wiosek szlacheckich Kluczewa i Siekluk, z których ostatnią wykupił od sąsiadów Sieklucki, pradziad obecnego właściciela.
    Na północ od Błomina i Zbyszyna leży wielka wieś Brzeście, w połowie szlachecka, w połowie zaś folwark (przed 25 laty rozparcelowany). Brzeskich w Brześciu znajduje się parę rodzin: w okolicy rzadko się trafiają.
    Obok Brześcia, na zachód, leżą dwie wioski szlacheckie: Kowale i Maława, wszakże ani Kowalskich, ani Malawskich szlachty nigdzie w okolicy nie ma, trafiają się tylko chłopi tego nazwiska. Są natomiast Kowalewscy, ale ci wywodzą się z Kowalewa pow. Sierpskiego (są także Kowalewa w pow. Mławskim).
   Na północ od Maławy i Kowal[ew]a leżą Cywiny — pięć wiosek: C. Górne C. Wojskie, C. Kuśpiki, C. Dyngusy, C. Krajki. W Cywinach i w okolicy mieszka kilka rodzin Cywińskich.
    Równolegle z Pomianowem, nad rzeką Płonką, leżą w powiecie Płockim dwie Płonny: Szlachecka i Pańska. Płonnę Pańską na początku XIX stulecia podzielił właściciel Strzeszewski między czterech swoich synów. Obecnie już rozrodzeni wnuki i prawnuki jego mieszkają w tej Płonnie; Strzeszewskich tych nazywają sąsiedzi „Brzechaczami” . Szlachty, która by nazwisko swe wywodziła od Płonny (Płonków lub Płonińskich), nie ma w okolicy całej.
   Na zachód od Płonny leżą Zdziary — siedem wiosek: Zdziar Wielki, Z. Mały, Z. Gęsi, Z. Łopatki, Z. Krawieczyn, Z. Bylin i Z. Sarzyn. Zdziarskich nie ma ani w Zdziarach, ani w okolicy. Ostatni męski potomek tego nazwiska umarł w 1888 r. (Wprawdzie mieszka od lat kilku w okolicy obywatel Zdziarski, ale ten przybył z innych okolic.) Zdziar Bylin uważany jest za kolebkę rodziny Kraszewskich, która w zeszłym wieku wydała znakomitego powieściopisarza. Starzy ludzie nazywali tu jeszcze „Kraszewizną”  jedną z fortun szlacheckich. (Obecnie Kraszewskich tu niema; być może, iż są w Kraszewach w pow. Sierpskim.)
Szlachtę na Sarzynie i Bylinie przezywali sąsiedzi „Smuzami”  (zapewne nazwa ta pochodzi od skórek jagnięcych, których tu dużo sprzedawano); szlachtę zaś ze Zdziar w ogóle zwali dalsi sąsiedzi „Jałowczakami” z powodu, że ci na opał używali jałowcu. Zdziary oddzielone są folwarczno-chłopskimi wsiami od pasma wsi szlacheckich, ciągnących się dalej na zachód (Przedpełce, Sochociny, Słomkowa i wiele innych). Najbliżej na wschód, przedzielone tylko wsią Górą, znajdują się Karwowa — pięć wiosek: K. Podgórne, K. Krzywanice, K. Orszymowice, K. Błażewice i K. Trojany. W Karwowach mieszka wielu Karwowskich, i nazwisko to należy do najpospolitszych w całej okolicy. To też rodziny Karwowskich mają liczne przydomki, jak oto: Cader, Święty, Klekot. W Karwowach mieszkają też Archutowscy „Barany” . Bywa tak, że w jednej wsi mieszka wielu Karwowskich z jednym przydomkiem; wtedy do przydomku dodają imię chrzestne: Cader Józef, Święty Franciszek, Święty Józef i t. d.
   Obok Karwów leżą Goszczyna — trzy wioski, ale w obecnym czasie tylko G. Karpięcin jest wsią szlachecką; dwa zaś inne, dzisiaj złączone pod nazwą Goszczyna Górnego, tworzą folwark. Goszczyńskich jest prawie tyluż, co i Karwowskich; rody ich dzielą się na: Goszczyńskich Karkosów, Dziuków, Kasabułów i Kołsaków.
   Obok Goszczyn leży pojedyńcza wieś Brudzino, w której mieszka kilku Brudzińskich; mieszkają też oni w okolicy, a dzielą się na Puchów i Skrzeczków.
    Na północ od Brudzina leżą dwie wioski: Strzeszewo Wielkie i S. Małe. Slrzeszewskich już tam nie ma, ale nie mało ich znajduje się w okolicy; wielu też jest osiadłych na folwarkach.
   Między Brudzinem, Strzeszewem i Starczewem leży wieś Rostkowo, wykupiona od szlachty przez jednego z Brudzińskich przed rokiem 1860. Rostkowskich nie ma w okolicy.
    Dalszych wsi szlacheckich, ciągnących się z małymi przerwami na wschód i zachód, a w szczególności na północ, aż do granicy pruskiej, nie znamy, poprzestajemy więc na wyliczonych tu wioskach. Może też w okolicach Raciąża, Ciechanowa lub Przasnysza znajdzie się ktoś, co by zechciał zająć się badaniem życia tamtejszych okolic szlacheckich.
    Począwszy od połowy ubiegłego wieku, okolice drobnoszlacheckie w powiatach Płockim i Płońskim zaczęły stopniowo tracić swój pierwotny charakter. W tym mniej więcej czasie rozpoczęła się też separacja zagonów i pastwisk szlacheckich: wsie szlacheckie z zagonowych przekształciły się na kolonie, wskutek czego szlachta, mieszkając odtąd w pewnym od siebie oddaleniu, przestała żyć życiem wspólnym, jakim żyła ongi za czasów zagonowych; wskutek tego i życie towarzyskie przybrało inny charakter, stało się więcej odosobnionym. Z drugiej znowu strony uwłaszczenie włościan i parcelacja folwarków, których nabywcami w znacznej części była szlachta drobna[3], przyczyniły się do zespolenia się tejże szlachty z żywiołem chłopskim i utraty wyłączności szlacheckiej przez niektóre wioski rdzennie dawniej szlacheckie, a to z powodu, że zamożniejsza szlachta, nie mogąc po separacji dalej nabywać drobnych fortun, jako nieprzyległych już do pól swoich, przenosiła się na obszerniejsze parcele folwarczne, a swoje fortuny sprzedawała często w chłopskie ręce. Wskutek tego, siedząca od wieków w swoich rodzinnych wioskach szlachta porzucała je, a jej miejsce zajmowali nieraz nowi przybysze. W obecnym czasie trudno czasami odróżnić wieś prawdziwie szlachecką od wsi, powstałej z parcelacji folwarku[4], gdyż są one jednakowo, kolonialnie urządzone, i prawie z jednakowych elementów ich ludność się składa.
     Z przyczyn wyłuszczonych życie, zwyczaje i obyczaje szlachty drobnej są obecnie inne, niż przed 50-ciu laty. Dawniej, w każdej prawie wiosce szlacheckiej sąsiedzi wyróżniali kogoś z pomiędzy siebie, otaczając go szczególnym szacunkiem. Wyróżniany tak szlachcic, zwykle podeszły już w leciech, odznaczać się musiał czy to większym rozumem od innych, większą zamożnością, albo może tylko większym sprytem. Brał tedy nieznacznie w swoje ręce przewodnictwo w wiosce i kierował bracią podług swej woli[5]. Decydował, gdzie i co siać należy, kiedy rozpoczynać sprzęt, kiedy siew; wyznaczał „wołowniki” (pastwiska) dla bydła roboczego; zabraniał szkód w polach i łąkach; słowem—kierował całym gospodarstwem wioski. Miał taki „Maciek nad Maćkami”  często i niechętnych sobie sąsiadów, którzy krzywo patrzyli na zaprowadzony w wiosce rygor, ale umiał tak pokierować sprawami, że większość zawsze bywała po jego stronie, a niechętni z konieczności cicho siedzieć musieli. Trafiało się, że niektóre wioski miewały do dwóch (rzadko więcej) takich patriarchów; wówczas albo jeden drugiemu ustępował pierwszeństwa, albo też wspólnie radzili pro publico bono.
    Gorzej, jeżeli w wiosce nie znajdował się nikt poważniejszy, mogący w karbach trzymać sąsiadów. Wtenczas to szkodom, kłótniom i worywaniom się w cudze zagony nie było końca.
    Funkcja, spełniana przez takiego przewodnika wioski, nie miała charakteru oficjalnego, ani żadnej nazwy; szlachta bowiem nie uznawała oficjalnie niczyjej hegemonii nad sobą, poddając się tylko bezwiednie wpływom ludzi rozumniejszych, umiejących zyskać sobie powagę. Szanowano takich ludzi i przez ten szacunek pozwalano im sobą kierować. Mówiąc o nich, stawiano zawsze wyraz „pan”  przed nazwiskiem, albo przed imieniem, jeżeli to nazwisko nosiło więcej osób we wsi, a więc: pan Czarnomski, p. Wierzbicki, lub pan Jerzy, p. Jędrzej; innych sąsiadów najczęściej tylko w oczy tytułowano „panem” , za oczy zaś zwykle określano jakimś przydomkiem, którego w oczy „nie wypadało” wymawiać.
    Szlachta drobna zajmuje dzisiaj stanowisko pośrednie między inteligencją wiejską a ludem włościańskim, ale w przeszłości była ona więcej zbliżona do bogatszej braci, osiadłej na folwarkach, z którą ją łączyły wspólne i różnorodne interesy publicznej i prywatnej natury. Dawniej przeciętny szlachcic wioskowy mało się różnił od takiegoż szlachcica cząstkowego. Poziom umysłowy obydwu był prawie jednakowy, oświata dla obu jednakowo dostępna w licznych szkołach zakonnych. Słynne były na okolicę i najwięcej uczęszczane: szkoła Reformatów w Żurominie i Benedyktynów w Pułtusku, do których po naukę garnęli się synowie drobnej szlachty, a ukończywszy je dochodzili często do wyższych stanowisk, że wymienimy tylko: trzech braci Starczewskich, z których jeden został prezesem Trybunału w Kaliszu, dwóch zaś pozostałych sędziami trybunalnemi w innych miastach. Braci Czarnomskich, z których jeden poległ w młodym wieku, w 1831 r., w randze kapitana, drugi — osiadł na fortunie, nie przenoszącej 3-ch włók; wspomnimy jeszcze Sadkowskich: jednego—mecenasa w Warszawie, drugiego—rejenta w Płońsku, Strzeszewskiego—także rejenta. Tylu innych, których wymienianie zabrałoby tu zawiele miejsca, pomijamy.
    Nadmieniamy tylko, że drobna szlachta z dawien dawna dostarczała kościołowi niemałego zastępu księży. I dziś jeszcze marzeniem jest szlachcica, żeby chociaż jeden z jego synów mógł zostać księdzem, ale z powodu utrudnionych warunków marzenie to dla wielu urzeczywistnić się nie może. Łatwiej też zdobywano dawniej naukę elementarną; w wielu bowiem wioskach trzymano nauczycieli, którzy, stołując się co tydzień w innym domu, uczyli dziatwę z jednej lub więcej wiosek razem. Dziś tylko zamożny szlachcic odważy się na kształcenie swych dzieci w szkołach.
     Życie, zwyczaje i obyczaje szlachty drobnej, zajmującej, jakeśmy już powiedzieli, stanowisko pośrednie między inteligencją a ludem wiejskim, nie jest tu równomierne Szlachta, mająca koligatów, osiadłych na folwarkach, z którymi przynajmniej w pierwszym i drugim stopniu pokrewieństwa utrzymuje stosunki, jako też w ogóle szlachta zamożniejsza, posiada pewną ogładę towarzyską. Przyjęcia, zabawy, stroje takiej szlachty są naśladowaniem inteligencji miejscowej. Szlachcianki i ich córki starają się ubierać modnie. Kapelusze, suknie modne, okrycia, parasolki, rękawiczki, nareszcie przybory toaletowe stanowią niezbędną ich potrzebę. Mężczyźni odświętnie ubierają się w surduty, kamasze, używają rękawiczek, a na wesela stroją się w białe krawaty i takież rękawiczki. W domach znajdują się meble, najczęściej stare, zakupione w mieście; meble takie stawia się w pierwszym od wejścia pokoju, w którym nie umieszcza się już łóżek. W ogóle zewnętrzna, materialna strona życia przedstawia się nie najgorzej, wewnętrzna — stan umysłowy—pozostawia wiele do życzenia.
    Takiej szlachty najwięcej znajduje się w parafii Górskiej, powiatu Płockiego. Środowisko dla niej stanowi kategoria szlachty, która się łączy z tamtą, ale nie ma pretensji do naśladowania klas inteligentnych. Ubiory, przyjęcia są tu o wiele skromniejsze. Urządzenie domu też jest proste: w pierwszej izbie, czyli pokoju, stawiają na pierwszym miejscu pod oknem stół; obok stołu dwa krzesełka drewniane; nad stołem pochyło zawieszone lustro. Po stronach stoją przy ścianach dwa łóżka, przeznaczone dla gości, gdyż z domowników nikt w nich nie sypia. Bliżej drzwi stoi szafa do sukien, czasami kredens, kufer, parę prostych krzeseł; firanki w oknach i obrazy na ścianach dopełniają umeblowania pokoju. Z pokoju wchodzi się do alkierza, gdzie stoją łóżka, przeznaczone do użytku codziennego rodziny, oraz skrzynia i parę innych sprzętów. Za alkierzem znajduje się sień („sionka” ) wychodząca najczęściej na ogródek. Od frontu, z sieni głównej, prowadzą dwa wejścia: do pokoju i do izby. W izbie mieści się cała rodzina, oraz służba żeńska, męska zaś tylko jadać przychodzi do domu, a pomieszczenie dla siebie ma w zabudowaniach gospodarczych. Dodać należy, że szlachta, posiadająca mniej niż włókę gruntu, a więc niezamożna, stosunków z zamożniejszą szlachtą nie utrzymuje i sposobem życia zbliża się do chłopów.
    Nie można jednakże przeprowadzić ścisłej granicy między zamożniejszą a uboższą szlachtą. Jak bowiem z jednej strony u szlachcica zamożniejszego wyższa kultura materialna i towarzyska występuje w chwilach wyjątkowych, ma charakter odświętny, gdyż w życiu powszednim tenże szlachcic sposobem żywienia się, ubiorem i nawyknieniami nie różni się od uboższego swego sąsiada; tak z drugiej —tenże sąsiad, jeżeli się materialnie wydźwignie, łatwo nabiera poloru. Ta łatwość przyswajania sobie ogłady towarzyskiej jest wspólną cechą szlachty drobnej, a celują w tym przede wszystkim kobiety.
    Zachodzi też pewna różnica w sposobie obejścia się szlachty ze służbą, polegająca na tym, że biedniejsi, mniej mający poczucia swej wyższości towarzyskiej, jadają razem z czeladzią z jednej misy, zamożniejsi zaś—oddzielnie, nieco opodal od czeladzi. Jadają zwykle na długich, niskich stołkach, niektórzy na stołach, ale talerzy rzadko jeszcze używają.
    Mięsa w ogóle nie jadają, chyba tylko w większe święta, lub wtedy, gdy mają gości. Częściej używają wędlin, gdyż w ciągu roku zabijają dwa, niekiedy trzy (stosownie do zamożności) utuczone wieprze. Gości podejmują na stolach nakrytych, zastawionych talerzami, przy których kładą noże i widelce. Codzienny posiłek średnio zamożnego szlachcica jest następujący: na śniadanie—kluski ze słoniną lub mlekiem i ziemniaki; na obiad: barszcz, ziemniaki, kasza jaglana, lub ziemniaki z kapustą, groch; na podwieczorek: chleb z masłem (zwany „pomazanką” ), chleb z serem, jajecznica, czasami kawa z chlebem; na wieczerzę: kasza obrzednia z ziemniakami, zacierki z ziemniakami, lub kasza na gęsto.
    Ubiór powszedni szlachty niczym się nie różni od ubioru chłopa. Noszą przeważnie ubrania tandetne, w święta tylko zamożniejsi używają kortowych; głowy nakrywają czapkami letnimi, t. zw. kaszkietami, których pewna odmiana nosi nazwę „maciejówek” . Zimowych czapek rzadko używają, a kapeluszy nie noszą wcale. Kobiety noszą perkalikowe spódnice i takież kaftaniki, na głowach—małe chusteczki; strój zaś ich odświętny, jakeśmy wyżej nadmienili, bywa rozmaity, stosownie do zamożności i stosunków towarzyskich szlachcianki.
   Dawne zabawy, zwane tu „galami” , które gromadziły młodzież na tańce i gry rozmaite, starszych zaś na pogawędkę, zupełnie zostały dzisiaj zarzucone. Owe „gale”  były dla szlachty tym, czym są bale publiczne dla inteligencji. Dzisiejsze zabawy odbywają się w szczupłym kołku krewnych i znajomych. Wesela utraciły też dawną obrzędowość: rozpleciny, oczepiny, śpiewy rozmaite przy tych obrzędach praktykowane, wyszły już z użycia. Dawniej był zwyczaj, że młodzieńcy jeździli na wesela bez uprzedniego zaproszenia; niektórzy, korzystając z tego zwyczaju, zapuszczali się nawet w odleglejsze okolice, a ocierając się między ludźmi, nabierali śmiałości i pewności siebie. Tacy bywalcy w oczach sąsiadów mieli uznanie, jako ludzie światowi, dobrze wychowani. Obecnie żaden już kawaler nie jedzie na wesele bez zaproszenia.
   Szlachta drobna zawsze się wzorowała na braci ziemiańskiej, z którą łączyły ją różne węzły, krok w krok dążyła, za jej postępem; nie dziw przeto, że starodawną obrzędowość zatraca, gdy ta zniknęła już u tych, których zwykła naśladować.
    Utrzymał się jeszcze zwyczaj wyprawiania sutych pogrzebów. Na pogrzeb sąsiada lub sąsiadki zbiera się do kościoła mnóstwo krewnych, przyjaciół i znajomych, którzy po ukończeniu obrzędów kościelnych udają się gromadnie do domu zmarłego na stypę pogrzebową. Tam, pomimo smutku domowników, zabawiają się gwarno i wesoło do wieczora.
   Szlachta drobna rożni się między sobą właściwościami gwary. Zamożniejsi i wykształceńsi mówią dość poprawnie; pomiędzy średnią—najwięcej jest takich, którzy „czadzą” (cedzą), t. j., naśladując mowę klas wykształceńszych, wymawiają dźwięki szumiące tam gdzie tego nie potrzeba: np. „owiesz”  (owies), „owcza”  (owca), „koża”  (koza); tam zaś, gdzie potrzeba, często nie domawiają, np. „siecka” (sieczka), „psenica” (pszenica). Wreszcie ogół szlachty biedniejszej mową swoją nie różni się od chłopów, t. j. mówi gwarą czysto mazurską. Ogólnie biorąc, sposób wyrażania się szlachty jest inny, niż u chłopów. Na folwarczno-chłopskich wsiach mówią do chłopa, jako też chłopi do siebie —„wy,” a więc: „słuchajcie, Marcinie!” „siadajcie, Stanisławie!” i t.d. Szlachcic drobny, zwracając się do chłopa z prośbą lub rozkazem, posługuje się wyrazem „niech,” t. j. stawia czasownik w osobie 3-ej liczby pojed., np. „niech Stanisław siada,” „czy Walenty skończył tę robotę?” i t. d.
    W stosunkach między sobą szlachta, mówiąc do osób znaczniejszych, wyraża się zawsze: „niech pan,” a do równych sobie: „niech pan Franciszek,” albo „niech pan Karwowski“… Dodać trzeba, że szlachtę-komorników[6] niemniej tytułują panami, a tak samo już dzisiaj zaczynają tytułować i chłopów bogatszych, posiadających przynajmniej włókę ziemi w pobliżu wiosek szlacheckich.
   Dawne tytuły szlacheckie, jak: „jegomość,” „imość” (jejmość), „wasan,” „asińdźka” zupełnie wyszły z użycia; nawet ludzi starych dziś już tak nie tytułują.
    Używane jest często wyrażenie: „nie przymierzając,” mianowicie, gdy mówią o istotach lub rzeczach, których nie należałoby porównywać, np. „obżarł się, nie przymierzając, jak świnia;” „kto nie mówi pacierza, ten żyje, nie przymierzając, jak bydlę;” albo: „z armaty słychać taki huk, jak, nie przymierzając, kiedy grzmi” i t. p.
    Poziomem umysłowym szlachta drobna niewiele się różni od chłopów. Czytelnictwo wśród niej mało jest rozwinięte; pism i książek nawet z zakresu literatury ludowej nie czytają. Natomiast chętnie czytują powiastki fantastyczne i sensacyjno-miłosne, z których powodzenie mają największe: „Historia o Magielonie, księżniczce neapolitańskiej” , znana w każdym domu, oraz „Cudowna lampa Aladyna,” lub „Historia o siedmiu mędrcach” . Czasami zabłąka się tu jakieś romansidło w rodzaju Borna, Sue’go, lub im podobnego autora, które skwapliwie bywa czytane, szczególnie przez pleć nadobną. Treść przeczytanych książek szlachta bardzo lubi opowiadać innym, a przyznać trzeba, że ma przyrodzony dar do opowiadania, jakiego nawet w części nie mają chłopi.
    Książek nie lubią kupować, ale chętnie pożyczają od innych, jednakże pożyczonych nigdy nie zwracają.
   Opowiadają też dużo tak zwanych tu „przepowiastek” : o zaklętych królewnach, o szklanych górach i t. p.
   Wierzą w czary, opętania, zadania, uroki—na równi z chłopami. Opowiadają np., że diabla z człowieka może wypędzić jeno taki ksiądz, który sam jest bez grzechu, bo diabeł wszystkie grzechy księdza wykrzyczy, dlatego nie każdy ksiądz chce się podjąć wypędzenia „złego” , tym bardziej, że grzeszny ksiądz nie ma już całej swej mocy nad diabłem.
   Pewien stary szlachcic (dziś już nie żyjący) opowiadał nam, że kiedy jeszcze był małym chłopcem i uczęszczał do szkół w Żurominie, słyszał, że tam raz przywieziono człowieka opętanego, który nieopatrznie zażył tabaki od człowieka, umiejącego więcej, niż pacierz. W Żurominie podówczas znajdował się ksiądz, który wyganiał diabłów z ludzi. Owóż gdy ów ksiądz przystąpił do egzorcyzmów, nie mógł mu diabeł nic więcej zarzucić, tylko to, że, będąc małym chłopcem, porwał raz bułkę straganiarce. Nareszcie diabeł, nie mogąc nic poradzić z księdzem, zaczął krzyczeć, że wylezie bokiem. Ksiądz mu na to: „Nie! wyleź, jakeś wlazł!” . Diabeł następnie chciał „wyłazić” oczami, plecami, brzuchem, a ksiądz powtarzał wciąż jedno: „Wyleź, jakeś wlazł,” aż diabeł musiał ustąpić.
  Oto znowu opowiadanie o djable, który prześladował młodzieńca, pragnącego poświęcić się stanowi duchownemu.
   W Pułtuskim seminarium duchownym (dziś nieistniejące) pewien młodzieniec, bardzo bogobojny, uczył się wzorowo. Cóż, kiedy regiens seminarium prześladował go ogromnie. Przychodził do jego stancji wieczorami, wyrzucał opieszałość, ospalstwo, szczypał go przytym i dokuczał mu wszelkimi sposobami, skutkiem czego kleryk, nie mogąc dłużej wytrzymać, postanowił wystąpić. Doszło to do wiadomości regiensa, który niezmiernie się zdziwił, dowiedziawszy się, dla jakich przyczyn młodzieniec porzuca seminarium. Postanowił przeto upilnować prześladowcę. Nareszcie pewnego razu udało mu się spotkać go w stancyjce kleryka. Ale jakież było jego zdziwienie, kiedy w nieznajomym ujrzał drugiego siebie. Młodzieniec też, ujrzawszy dwóch regiensów, nie wiedział, który z nich prawdziwy. Wywiązał się tedy spór pomiędzy prawdziwym i udanym regiensem, bo kiedy pierwszy zapytał: — „Coś ty za jeden?” drugi odpowiedział mu pytaniem:—„A ty coś za jeden?” — „Ja jestem regiens.”—„Nieprawda! tyś nie regiens. Ja jestem regiens.” — „To chodź do cyborjum!“—„Chodź do cyborjum!”
   I w drodze do cyborjum jeden z nich znikł, pozostał więc tylko prawdziwy regiens. Ale od tego czasu już diabeł kleryka nie prześladował.
    Dwa te opowiadania, w których prawdziwość wierzy wszystka szlachta, pochodzą od warstwy wykształceńszej i zamożniejszej. U szlachty, tak samo, jak u chłopów, czarownice czarują, zadają kołtuny, jeżdżą na drapakach (starych miotłach), zbierają się na Łysej górze i t. p. Podawaliśmy niedawno w „Wiśle” (t. XVI, zeszyt 5, rubr. „Poszukiwań,” XIX) opowieść o szlachciance czarownicy we wsi Zdziarze, a takich czarownic znalazłoby się w okolicy więcej.
    Przed kilkunastu laty znaliśmy człowieka (we wsi Karwowie), o którym opowiadano, że dawniej ślicznie grać umiał, i gdy tylko skrzypce wziął w ręce, albo powiesił je na ścianie, one mu same grały. Ale przy spowiedzi ksiądz zakazał mu grać. Od tego czasu (mówili), choć weźmie skrzypce do ręki, już nigdy nic nie zagra.
   Panuje wśród szlachty wiara w uroki. „Uroku — mówią—dostać można czasami z wiatru, ale najczęściej ktoś ma takie oczy urokliwe, że niech jeno spojrzy na żywe stworzenie i zadziwuje się, to ono zaraz uroku dostaje.” — Urokowi ulegają nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, szczególnie młode, pięknie wyhodowane, budzące podziw sąsiadów. Ażeby uchronić od uroku młode cielęta, indyczęta lub gąsięta, należy temu, kto je pierwszy raz widzi, wpierw, nim o nich mówić zacznie, powiedzieć: „Na psa urok!” Sąsiadka, gdy przyjdzie do sąsiadki i zobaczy u niej piękne cielę, lub gąsięta, jeżeli jej sprzyja i nie chce być pomówioną o rzucenie uroku, powinna powiedzieć: „Na psa urok! jakie to piękne cielę,” albo: „Na psa urok! ale gąski to się pani pięknie chowają,” i t. p. Odczynianie uroku u zwierząt odbywa się za pomocą puszczania węgli na wodę, ale odczynić nie każdy umie. U ludzi można odczynić urok przez obtarcie koszulą. I tak: uroczonego mężczyznę obetrzeć trzeba koszulą kobiecą, a kobietę—koszulą męską.
    Wierzy też szlachta w dni feralne; do rzędu ich należą dni, będące na nowiu, na pełni i w innych fazach księżyca. Każda gospodyni wie o tym, że sadzać kwoki na jaja dobrze jest tylko na pełni. Czę­sto też gospodarze z siewem i innymi robotami stosują się do odmian księżyca.
   Roboty, lub jakieś inne przedsiębiorstwa ważniejsze, starają się rozpoczynać zawsze w środę lub sobotę, albowiem w dni te, jako poświęcone Matce Boskiej, rozpoczęta robota pójdzie szczęśliwie.
    Szlachta tutejsza jest bardzo nabożna. Wierzy ona w moc świętych patronów, mających władzę nad rozmaitymi żywiołami, od Boga sobie powierzoną; kto się modli do świętych, często ich opieki doznaje. Z grona świętych największą cześć odbiera św. Agata, patronka od ognia, której sól i obraz wynoszą w czasie pożaru i stawiają od strony niepalących się jeszcze zabudowań, a chociaż wiatr pędzi płomienie w stronę wsi, jednak gdy staną z obrazem i solą świętej, w tej chwili wiatr odwraca płomienie w przeciwną stronę. Jest jeszcze drugi patron od ognia, św. Ignacy, ale pod jego opiekę nie udają się.
    Św. Antoni jest patronem poszkodowanych zgubą lub kradzieżą. Dla odnalezienia zguby poszkodowany odmawia pacierze i jeżeli w pacierzu nie omyli się, to ma nadzieję, że zguba się znajdzie. Słynie w tutejszych stronach cudowny obraz tego świętego, znajdujący się w kościele filialnym (dawniej księży Reformatów) w Ratowie, niedaleko Radzanowa. W dniu 13 czerwca, poświęconym temu patronowi, zgromadza się tam mnóstwo ludu, tak szlachty, jak chłopów, składając liczne ofiary na podziękowanie świętemu za odzyskane zguby. W okolicy utrzymuje się znane skądinąd podanie, że ubogi starozakonny, poszkodowany kradzieżą, udał się do zakonników z ofiarą na mszę do św. Antoniego o zwrot straconego mienia: kiedy nazajutrz poszedł do kościoła, poznał w cudownym obrazie owego zakonnika, któremu wręczył swój datek, wracając zaś do domu po nabożeństwie, znalazł już skradzione rzeczy. Inna legenda opowiada, że święty, wskutek zanoszonych do niego modłów, wybawił młodzieńca od wstąpienia do wojska, a to stanąwszy za nieobecnego, z powodu zaśnięcia w drodze, w jego postaci do losowania i wyciągnąwszy wysoki numer losu.
    Święty Mikołaj jest patronem od wilków. Wigilię dnia tego świętego dawniej obchodzono ścisłym postem, obecnie wszakże, z powodu, że wilków w okolicy już nie ma, kult tego świętego zmalał. Pewna staruszka opowiadała nam, że jednego roku nie pościła do św. Mikołaja. „Niech tam! — pomyślała sobie—nie będę pościła: dyć mam tylko jednego cielaka, a w gromadzie chodzi ich kilkoro—to wilk na mojego i tak nie natrafi.” Tymczasem skutek byt fatalny, bo „św. Mikołaj dopuścił, że wilk, jak przyszedł, to żadnego nie tknął, a tylko mojego zadusił. Odtąd—mówiła staruszka—dziesiątemu powiem, żeby zawsze pościł wilję do św. Mikołaja.”
    Częstokroć w czasie zimy, kiedy wilki zbierały się w gromady, widywano św. Mikołaja, jadącego na wilku, albo też „podzirzgniętego” w wilka, siwego, jak gołąbek, a siedzącego przy drodze przed gromadą wilków. „Wilk żaden wtedy szkody zrobić nie mógł, bo im św. Mikołaj mordy otworzyć nie pozwolił.” Niejeden szlachcic, jadąc przez las, widział siedzące przy drodze wilki, ale skoro tylko wezwał pomocy św. Mikołaja, zawsze szczęśliwie wychodził z niebezpieczeństwa. Szczególną też cześć odbiera św. Walenty, patron pomocny w chorobie św. Wita (konwulsje); dotkniętych tą chorobą ofiarowują zawsze do obrazu cudownego św. Walentego w Lęgu (pow. Płocki). Wspominając o ofiarowanej modlitwie, lub o spełnionych dobrych uczynkach, lud tutejszy (tak szlachta, jak i chłopi) zawsze dodaje zastrzeżenie: „Czego Bogu niewymowno”—czy to opowiadając, że dano na mszę o pogodę, czy że zwykło się bywać w kościele co niedzielę i święto, albo też: „Klucze mi zginęły, ale jak zmówiłam siedem pacierzy do św. Antoniego — czego Bogu i św. Antoniemu niewymowno — tak się zaraz znalazły.”
   U szlachty drobnej od dawna praktykuje się zwyczaj, że rodzice, doszedłszy do starości, oddają gospodarstwo jednemu z synów, dla reszty rodzeństwa wyznaczają spłaty czyli posagi, a sobie zostawiają tak zwane dożywocie. Niejeden szlachcic, jeżeli mu gospodarka nietęgo idzie, z upragnieniem oczekuje tej chwili, aby na syna złożyć kłopoty gospodarskie, a samemu zostać na dożywociu. Dożywocie takie, zależnie od wielkości fortuny szlacheckiej, składa się: z oddzielnego mieszkania (izby), kilku korcy gotowego zboża, pary krów, kilku furmanek po drzewo, jednego lub więcej morgów roli pod kartofle, oraz innych dodatków. Jeżeli rodzina jest zgodna, to mieszka razem, w przeciwnym zaś razie, gdy starzy nie mogą się pogodzić z dziećmi, a zwłaszcza z synową, wtedy oddzielają się zupełnie i korzystają z przysługującego im dożywocia.
    Gospodarstwo szlachta tutejsza prowadzi trójpolowe: jedno pole obsiewają oziminą, drugie jarzyną i kartoflami, a trzecie, ugorowe, w części obsiewają grochem (po kartoflach), roślinami pastewnemi i łubinem, w części zaś pozostawiają ugorem. Koniczyn siewa­ją dotąd mało. Chowają dużo bydła i koni, a najwięcej gęsi, tak jak gdzieindziej owce; ptactwo to jednak bardziej niż owce niszczy pastwiska, wyżerając trawę i zanieczyszczając je pomiotem. Owce hodowano dawniej tylko w tych wsiach, które miały swoje lasy, lub zarośla jakoweś, i stąd mawiano, że są „w borach.” Taką wioską z pośród przytoczonych były tylko Zdziary (stąd nazwa mieszkańców: „Jałowczaki”), wszystkie zaś inne nosiły nazwę „polnych,” gdyż od czasów niepamiętnych nie posiadały lasów. O naszych przeto wioskach wyrażała się szlachta innych, np. nadwkrzańskich okolic: „byłem w polach,” „jadę w pola,” co nawet dotąd się utrzymało, pomimo, że lesiste dawniej ich okolice przybrały obecnie charakter polny.
   Ale w tutejszej okolicy od najdawniejszych czasów, oprócz przydrożnej wierzby, topoli, sadku przy domu i olszyny gdzieś nad strugą—innych drzew leśnych, szczególnie sosny, nigdzie się nie spotyka; cała przeto okolica ma jakiś odrębny, typowy charakter polny, różny od innych okolic, w których pozostały ślady dawnych lasów w postaci pojedyńczo lub zbiorowo rosnących drzew leśnych.
   Przechowuje się tu jednakże tradycja, że w czasach najazdów szwedzkich północne pola wiosek: dwóch Strzeszewów, trzech Starczewów, dwóch Błominów i Zbyszynów, i południowe: Maławy, Kowala i Brześcia—były pokryte jednym wielkim lasem, po którym do ostatnich czasów pozostały tak zwane „wrzosy,” t. j. odłogi, porosłe niskim jałowcem i wrzosem. Odłogi te, po rozseparowaniu wiosek szlacheckich, wynowiono do reszty; utrzymały się one tylko na jednym Błominie — folwarczku, gdzie dotąd włościanie nie są odseparowani.
   Dawniej, przed 50-ciu laty, kiedy wrzosy ciągnęły się na obszarze kilku jeszcze wsi, było tu mnóstwo drożyn, powyjeżdżanych w rozmaitych kierunkach. Opowiadają, że po drogach tych „złe często ludzi wodziło.” Niejednego w nocy lub w mglisty dzień jesienny „wodziło” po wrzosach, często na toż samo miejsce przyprowadzając. Nawet nie oszczędzało i księży: proboszcza np. z Baboszewa (dziś już nieżyjącego) wodziło tak kilka razy; dopiero, gdy wystawił krzyż przy rozstajnych drogach w tym miejscu, gdzie błądził, już go nic nie sprowadzało z drogi, i innym też ludziom odtąd „złe” przestało psoty wyprawiać.
   Przechowuje się też podanie, że gdy po szwedzkim najeździe nastąpiło morowe powietrze, ludność okolicznych wiosek chroniła się w tym lesie przed zarazą, skąd jeden człowiek z każdej wioski chodził po żywność dla swoich współmieszkańców.
   W każdej wsi szlacheckiej mieszka zawsze kilku chłopów, zwanych „komornikami,” atoli pewien niewielki procent wśród komorników przypada na szlachtę bezrolną. U bogatszej szlachty robotnicy mieszkają w oddzielnym domu, u mniej zaś zamożnych—nie mających oddzielnego, na ten cel przeznaczonego domu, mieszkają w jednym, rozdzieleni sienią z rodziną gospodarza.
   Szlachta komornikom swoim, aby mieć z nich robotników stałych w czasie żniw, „przysadza” kartofle, za co oni odrabiają po dwa dni od zagona. Dawniej, przed separacją gruntów, każdy komornik, mieszkający we wsi szlacheckiej, mógł chować dwie lub trzy krowy na wspólnym pastwisku, z obowiązkiem, aby otrzymywany od nich nawóz wywoził na grunt tego gospodarza, „pod którym mieszkał.” Na umierzwionym przez siebie gruncie komornik sadził i swoje kartofle, za które już nie odrabiał.
    W powiecie Płockim komorników takich, którzy mieli „przysadzone” kartofle na odrobek, lub dostali kawałek gruntu pod nawóz od swojego gospodarza, komisarz do spraw włościańskich w r. 1864 uwłaszczył. W powiecie Płońskim stało się przeciwnie: ówczesny komisarz tutejszy, mając widocznie inne zapatrywania, komorników u szlachty drobnej do kategorii uwłaszczonych nie włączył, skutkiem czego pozostali oni i nadal bezrolnymi wyrobnikami.
   Na koniec trzeba nadmienić, że wśród szaraków powiatów Płońskiego i Płockiego znajduje się sporo rodzin, których szlachectwo było zatwierdzone przez byłą Heroldię Królestwa Polskiego. Wielu ze szlachty, mając w owym czasie braci i krewnych na urzędach lub na folwarkach, przy ich pomocy, lub po prostu dołączając swoje dowody szlacheckiego pochodzenia do ich dowodów, otrzymywało dyplomy na szlachtę legitymowaną. Szlachcic taki, posiadając dyplom z namalowanym herbem, uważa się za coś wyższego od pospolitej braci. To też w kłótni szlachcic legitymowany wołał do swego nielegitymowanego sąsiada:
— „Ja jestem lejtymowany ślachcic, a ty co?”
— „A ja jestem ślachcic honorowy” — odpowiadał jego przeciwnik.
W obecnych czasach „lejtymacja” poszła już u szlachty w zapomnienie.

Ignacy Sadkowski.


[1] W powiecie Grójeckim np. znajdują się dwie grupy, może po 10 takich wiosek zawierające: jedna pod Tarczynem, druga pod Warką; również w pow. Gostyńskim trafiają się pojedyńczo

[2] Mieliśmy pod ręką dokumenty z pierwszej połowy XVIII wieku o podobnych podziałach wiosek: np. Starczewski, z przydomkiem Boksa, podzielił wioskę swoją Starczewo-Kanie vel Starczewko (pow. Płoński) między synów. W późniejszym już czasie Strzeszewski podzielił również Płonnę-Pańską (p. Płocki). Przykładów podobnych na Mazowszu pełno.

[3] Znalazł się tu przedsiębiorczy kolonista, Niemiec (nazwiskiem Rau), który około roku 1870, nabywając folwarki z wolnej ręki, parcelował je następnie na dowolnej wielkości działy między szlachtę i chłopów. W ten sposób rozparcelowane tu zostały: Wierzbica Pańska, Sarnowo, Brzeście, Kadłubowo, Szapsk, Kozolin i wiele innych.

[4] Nie ma tu mowy o parcelacji, dokonywanej przez Bank włościański.

[5] O podobnych stosunkach w młodości swojej słyszeliśmy dużo opowiadań od starych ludzi. Obserwowaliśmy jeszcze sami podobny stosunek we wsi Wierzbicy Szlacheckiej, gdzie szlachcic, nazwiskiem Bagiński, wywierając swoją powagą niezwykły wpływ na sąsiadów, był dla nich wyrocznią. Za czasów jeszcze sądów wójtowskich wybrany ławnikiem, następnie, po reorganizacji sądownictwa, sprawował ten urząd dalej, aż do późnej starości. We wsi Starczewku, lat temu z górą 50, mieszkał wyróżniany tak przez sąsiadów szlachcic, nazwiskiem Jerzy Sadkowski, zwany pospolicie „panem Jerzym.“ Szlachcic ten, człowiek widocznie chytry, zawsze wprowadzał sąsiadów w błąd co do czasu żniw. Kiedy czas ten nadchodził, mawiał do sąsiadów: „E! toć to jeszcze zielone, trzeba zaczekać.“ A sam cichaczem wysyłał córki i służące z ukrytemi pod fartuchami sierpami pomiędzy zagony zboża, dalej ode wsi leżące, ażeby, jak mówiono, „odżąć się.“ Dopiero, gdy który z sąsiadów przypadkowo zauważył w polu powiązane snopy na rolach „pana Jerzego,“ wtenczas wołał: „Bójta się Boga! a toć u pana Jerzego już dawno żniwa, a my o tym nic nie wiemy.“ I wtenczas następował „rwetes,“ każdy śpieszył, ażeby dogonić p. Jerzego, który tymczasem „odżęty’ spokojnie kończył żniwo.— Czy w innych okolicach szlacheckich podobne stosunki istniały i czy tam, gdzie szlachta siedzi jeszcze na nierozseparowanych dotąd zagonach, zachowały się? — nie wiemy.

[6] Jest to szlachta bezrolna, siedząca na komornym i żyjąca z wyrobku.